niedziela, 22 kwietnia 2018

Murzyn z załogi "Narcyza", Joseph Conrad

Wiadomo, że książki książki Conrada nie są jednowymiarowe i oprócz dosłownej warstwy jest w nich drugie dno i "Murzyn z załogi "Narcyza"" nie jest tu wyjątkiem. Wróciłem do niego po latach i nie dziwię się, że dzisiaj popada w zapomnienie, w niczym bowiem nie przypomina lekkostrawnych bestsellerów z cyklu "co tydzień nowy hit książkowy" czytanych z zapartym tchem. Twórczość Conrada ma to do siebie, że, łagodnie mówiąc, nie trzyma w napięciu i zapewne spora część czytelników podpisałaby się pod opinią inżyniera Mamonia "proszę pana, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak, proszę pana... Dialogi niedobre... Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje" odnosząc je do "Murzyna z załogi "Narcyza"", bo nawet gdy się coś w nim dzieje, to jakoś tak jakby nic się nie działo.


I mówiąc szczerze niespecjalnie byłbym tym zdziwiony, bo kto dzisiaj ma czas wgłębiać się jakieś stuletnie ramotki, żeby zrozumieć o co w tym chodzi. Może "Murzyn z załogi "Narcyza"" i jest arcydziełem ale gdzie mu tam do kolejnego tomu sagi i Lipowie Katarzyny Puzyńskiej czy czego tam jeszcze, co aktualnie króluje na blogaskach.

W sumie, niby wszystko jest w "Murzynie..." jest jasne; rejs powrotny do domu, przeciwności losu, śmierć jednego z członków załogi, szczęśliwy powrót pozostałych a w tym wszystkim tkwi marynarski etos. A jednak czuje się, że to nie o morską przygodę a na pewni nie tylko. Czerwona lampka zapala się już przy wstępie - "Do moich czytelników w Ameryce", który sprawia wrażenie jakby Conrad pisał o rzeczach, których był świadkiem. Tymczasem nic z tego, owszem Conrad służył na "Narcyzie" ale historia, którą przedstawia nie została, oględnie mówiąc, opisana z kronikarską dokładnością. W "Murzynie..." co najwyżej jest to swobodnie przetworzona historia, która wydarzyła się naprawdę, którą Conrad znał wyłącznie ze słyszenia.

Dwa są kluczowe momenty dla zrozumienia "Murzyna z załogi "Narcyza"", pierwszy to scena, w której stary wilk morski czyta ówczesny bestseller (i w której Conrad przy okazji "przejechał się" po autorze "Ostatnich dni Pompei") i drugi, to perora, w której ląd (niektórzy twierdzą, że chodzi tylko o Anglię) zostaje porównany do statku.

W pierwszym, prosty człowiek morza wydany jest na pastwę uczuć, z którymi w życiu nad którymi w swoim codziennym życiu w ogóle się nie zastanawia i które budzą w nim poczucie winy i niższości - "Jakież myśli budzą jego wygładzone i tak dziwnie nieszczere zdania w prostych umysłach dużych dzieci, co zaludniają owe mroczne, wędrowne zakątki ziemi? Jakie znaczenie mogą ich surowe, niedoświadczone dusze znajdować w wytwornym werbalizmie kart jego książki? Jaką podnietę - jakie zapomnienie - jakieś ukojenie? Tajemnica! Czyżby to była fascynacja rzeczy niezrozumiałych? Urok niemożliwości? Czy te osoby żyjące poza nawiasem życia wzruszają się tymi opowieściami jako niepojętym objawieniem błyskotliwego świata, który istnieje poza granicami hańby i plugawości, brudu i głodu, nędzy i rozpusty, co zewsząd zbiegają na brzeg nieskalanego oceanu i są jedyną rzeczą, jaką ci dożywotni więźniowie morza wiedzą o życiu i dostrzegają na dookolnym lądzie? Tajemnica!".

W drugim - "ciemny ląd leżał samotnie wpośród wód niby potężny okręt wygwieżdżony czujnymi światłami - okręt niosący brzemię milionów istnień, ładowny śmieciem i klejnotami, stalą i złotem. Piętrzył się ogromny i silny, strzegący bezcennych tradycji i niewymownych cierpień, mieszczący w sobie pełne chwały wspomnienia i nikczemną niepamięć, haniebną cnotliwość i wspaniałe występki. Wielki to okręt!".

Wygląda więc na to, że dla Conrada każdy człowiek na swój sposób jest marynarzem, a prozaiczne i twarde cechy tego zawodu stoją ponad współczuciem. Solidna praca i poczucie obowiązku, tak pospolite wygrywają z czymś, co wydawałoby się, zbudowane jest z lepszego kruszcu, a co okazało się "mocną, skuteczną i szacowną więzią sentymentalnego kłamstwa", którą wyzwolił tytułowy bohater "Murzyna z załogi "Narcyza""

niedziela, 15 kwietnia 2018

Pozytonowy detektyw, Isaac Asimov

"Pozytonowego detektywa" Isaaca Asimova traktuje się jak kryminał, którego akcja toczy się w anturażu science fiction. Nic w tym dziwnego, bo to pierwsze co się nasuwa w trakcie lektury i tym samym sprowadza tę powieść do rangi literatury rozrywkowej, jak wszystkie zresztą książki tego gatunku. A że na dodatek jest jeszcze świetnie napisana, z wartką i niebanalną akcją więc nie wychodzi się poza tą formułę bo czego chcieć więcej? Ale "Pozytonowy detektyw" to jednak coś więcej niż klituś bajduś dla starych koni, którzy ciągle nie wyrośli ze sentymentu do lektury z lat licealnych. 


Owszem, wizja przyszłości Ziemi i ludzkości, w której "w imię (...) wydajności i oszczędności ludność Ziemi wyrzekła się wielu dawnych przyzwyczajeń: przestrzeni, życia prywatnego a poniekąd i wolnej woli" w "Pozytonowym detektywie" jest ciekawa ale to przecież tylko takie bla, bla, bla, ani lepsze, ani gorsze od wielu innych powieści traktujących o przyszłości gatunku ludzkiego. To co w powieści Asimova jest naprawdę interesujące, to zagadnienia społeczne będące obecnie bardzo trendy, chodzi mianowicie o stosunek do Innego oraz feminizm (a raczej antyfeminizm). Ten pierwszy rozgrywany jest na dwóch polach; stosunku do ludzi zamieszkujących na innych planetach w powieści nazywanych Przestrzeńcami i stosunku do... robotów.

Tak, tak to nie pomyłka. Niechęć do obcych jest jasno deklarowana "mamy poczucie niższości wobec Przestrzeńców, chcemy wynagrodzić to sobie poczuciem wyższości wobec kogoś innego i wścieka nas, że nie czujemy się wyżsi od robotów", ale to nie tylko kompleksy lecz także wprost zdiagnozowany strach, który "przed nieznanym jest zawsze ogromny". Oczywiście dzisiaj jojczenie na temat "my - Inny" to politycznie poprawny samograj ale blisko 70 lat temu to było coś, w dodatku nadanie statusu Innego robotowi zakrawało na kuriozum i nawet dzisiaj wydaje się to pomysłem bardzo ekscentrycznym. Kiedy się zważy na jego absurdalność, można pomyśleć, że Asimov "pogrywa" sobie z czytelnikiem bo jak może komuś przyjść do głowy myśl by postawić robota i człowieka na tym samym poziomie. Maszynę, choćby nawet najdoskonalszą i istotę ludzką. Tego się przecież nie da obronić - ale po lekturze "Pozytonowego detektywa" można mieć już pewne wątpliwości.

Co zrobił Asimov? Otóż rozpatruje relację maszyna - człowiek, nie w odniesieniu do tego co dla nas oczywiste i co przekreśla z góry znak równości, a więc życia i pierwiastka duchowego lecz inteligencji. Gdy powiada, że "różnica między człowiekiem a robotem (...) nie jest może tak ważna jak między inteligencją a jej brakiem" i czytelnik zaakceptuje tę tezę, to widzi się, że to już całkiem inna para kaloszy. Trzeba naprawdę uważać by nie zacząć grać w grę, którą zaproponował Asimov i której poddał się jego główny bohater Elijah Baley, z wszystkimi jej minusami. Z tego nie będzie nic dobrego, owszem na pierwszy rzut oka wygląda to nieszkodliwie, owszem widać doraźne korzyści ale w warstwie imponderabiliów już niekoniecznie, bo co maszyna, nawet najdoskonalsza może mieć w tej sferze do zaproponowania człowiekowi? Chyba nie slogan, "dla dobra ludzkości trzeba się godzić z krzywdą jednostki", który w realnym świecie kosztował życie milionów, a który jest kwintesencją działań tytułowego bohatera.

Drugi ciekawy wątek socjologiczny, który jest aktualnie modny a został poruszony przez Asimova, to pozycja kobiet w świecie przyszłości. Asimov, mam wrażenie, traktuje tę kwestię z dużym przymrużeniem oka, co udziela się także czytelnikowi, przenosząc do powieści obserwacje z lat pięćdziesiątych XX wieku, a które okazują się ponad czasowe, tak jak pogaduszki pań w damskiej toalecie będącej w powieści forum wymiany plotek, czy odkrycie, że "kobieca torebka (...) to jedyna rzecz, jaka od czasów średniowiecza opiera się wszelkim technicznym udoskonaleniom" czy męską konstatację wyjaśniającą naturę pań - wiadomo "Kobiety to kobiety" zrozumiałą tylko dla mężczyzn i nie będącą dla nich przykładem logicznego błędu! 

sobota, 7 kwietnia 2018

Góra urodziła mysz czyli Jerzy Haszczyński o "Królu" Szczepana Twardocha

Niewiele dzieje się w polskiej literaturze współczesnej, ośmielam się przypuszczać, że najciekawsze co w ostatnich latach się wydarzyło, to pokazanie od kuchni specyficznej metody promocji pisarza Ignacego Karpowicza przez krytyczkę Kingę Dunin i jeremiada Kai Malanowskiej nad finansowym fiaskiem jej książki (ktoś kojarzy to niedocenione dzieło pisarki?), aż do wczoraj, kiedy to Jerzy Haszczyński ośmielił się napisać, że powieść "Król" Szczepana Twardocha, oględnie mówiąc, nie grzeszy oryginalnością.


Ale to, że oryginalność nie jest mocnym punktem pisarstwa Twardocha to akurat żadne odkrycie.  To co mnie zaskoczyło, to to, że "Król" uznawany jest za jedną z najważniejszych książek ostatnich lat w Polsce. Realy? Oczywiście jest wolność sądów i nie zdziwiłbym się, gdyby była to opinia licealistów uczących się w trybie zaocznym i którzy na dodatek niespecjalną wagę przywiązywali do lekcji języka polskiego ale żeby zaraz ich opinia do tego stopnia miała siłę przebicia? Równie dobrze można twierdzić, iż Zenon Martyniuk jest najwybitniejszym kompozytorem ostatnich lat w Polsce.

Tekst Jerzego Haszczyńskiego, wbrew temu, co można było wyczytać w internetowych publikacjach, nie zarzuca Szczepanowi Twardochowi popełnienia plagiatu, odebrałem to bardziej jako wytknięcie powielenia pomysłów i przeniesienie ich na nasz grunt. Ale tak jak pisałem u Szczepana Twardocha to nic nowego, jego dwie powieści opierały się przecież na tym samym, więc skoro wcisnął czytelnikowi odgrzewane kotlety już wcześniej, to dlaczego nie miałby zrobić tego po raz kolejny, z czegoś przecież trzeba żyć. 

Szczepan Twardoch odpowiedział krytykowi, a jego odpowiedź sprowadza się mniej więcej do tego, że w powieści wykorzystuje motywy, które inni pisarze już wcześniej z powodzeniem wykorzystywali. Muszę przyznać, że zaskoczył mnie tym. Pewnie nie każdy pisarz potrafi tak szczerze i prawdziwie powiedzieć o swojej książce, no, może nie wprost, że w gruncie rzeczy jest zlepkiem, owszem zgrabnie skomponowanym, cudzych pomysłów przetworzonych na użytek polskiego czytelnika.

A już zupełnie ujął mnie Szczepan Twardoch odwołując się do... "Iliady" Homera, gdy chodzi o brutalne sceny w jego książce. No, no... gratuluję samooceny, żeby jeszcze napisał, że "inspirował" się Kosińskim czy Littellem, bo seks i brutalność w ich powieściach dobrze się sprzedawały, to bym zrozumiał ale żeby zaraz Homer?! Trzeba być nie lada bufonem, żeby swoją książkę, która może i robi wrażenie na licealistach, ale o której zrobiło się cicho (aż do teraz) jak tylko skończyła się kampania marketingowa, stawiać w jednym szeregu z dziełem tej rangi co "Iliada".

W ogóle, mówiąc szczerze, to dziwne, że Jerzy Haszczyński robi takie wielkie halo wokół "wtórności" "Króla", przecież to nic nowego ani na naszym rodzimym literackim podwórku (warto porównać choćby "Pętlę" Hłaski i "Pod wulkanem" Lowry'ego, a jakiś czas temu "pisarka" Pakosińska "zapomniała" wziąć w cudzysłów cytaty z innych autorów), ani światowym i to tym z najwyższej półki. W każdym razie Szczepan Twardoch nie powinien się przejmować a wręcz przeciwnie, powinien być zadowolony, przecież chyba zna starą zasadę marketingu "obojętnie, dobrze czy źle, byleby po nazwisku".  

środa, 28 marca 2018

Nad Niemnem, Eliza Orzeszkowa

Nie ma takiego rankingu ale gdyby był, to sądzę, że "Nad Niemnem" zajęłoby pierwsze miejsce w nim pierwsze miejsce. W rankingu narodowej nudy. Dlaczego? - nie mam pojęcia. Można się jedynie domyślać, jak do tego doszło, jak niezła powieść mogła otrzymać taki status, wszak nie od dzisiaj wiadomo, że już samo wpisanie książki na listę lektur szkolnych jest dla niej "pocałunkiem śmierci". Innej przyczyny nie dostrzegam bo ani osławione opisy przyrody nie są tak długie, ani tak częste jakby się to mogło wydawać, a co najważniejsze nie są w stanie zaszkodzić zasadniczemu wątkowi, którym jest, tak, tak wątek romansowy - mezalians panny z dworu.

Wiadomo, można powieść Orzeszkowej nicować na różnorakie sposoby, a to zastanawiać się nad znaczeniem osławionych (nie takich strasznych zresztą opisów przyrody), wątkiem patriotycznym, wątkiem społeczno-ekonomicznym, itp. itd. Mnie jednak zainteresowały i to całkiem na serio postacie kobiece. Zarzuca się im, że są sztampowe i rzeczywiście nie grzeszą nadmiarem oryginalności ale to wcale nie znaczy, że nie są interesujące.



Można oczywiście z przekąsem zapytać, cóż ciekawego może być w takiej, irytującej do bólu, Emilii Korczyńskiej? Ale przecież jeśli się trochę zastanowić, to dlaczego mielibyśmy odmawiać jej prawa do własnego stylu życia? Nie dość, że ugrzęzła na zabitej dechami prowincji, to jeszcze ma być obowiązkowo szczęśliwa i przyjmować za swoje wybory nudnego jak flaki z olejem męża? Owszem, popełniła coś, co prawnicy określają mianem winy w wyborze, ale nie musi to przecież oznaczać rezygnacji, na wieki wieków, z tego co uważne za ważne dla siebie.

Jej przeciwwagą jest Andrzejowa Korczyńska, której życie w cieniu zmarłego męża podniesione jest do rangi nabożeństwa (i to do tego stopnia, że chyba nie doczekała się w powieści od Orzeszkowej własnego imienia). To co w epoce mogło jeszcze uchodzić za przejaw rodzinnej i narodowej żałoby, z naszego punktu widzenia wygląda raczej na jakąś chorobliwą idée fixe, która w gruncie rzeczy niczemu nie służy. Z wdową po Andrzeju Korczyńskim jest mniej więcej tak, jak z baronową Krzeszowską, żyjącą ciągle pamięcią po zmarłym dziecku. Może i w pierwszym odruchu taka postawa budzi współczucie ale potem następuje konsternacja i coś jakby lekki absmak. Owszem, ona też ma prawo do własnych wyborów, ale nie powinna się dziwić, że dla innych są one niezrozumiałe i nienaturalne, nie wyłączając syna, któremu nie potrafi wyjaśnić dlaczego miejsce śmierci jego ojca ma determinować jego życie, bo jej argumentacja w gruncie rzeczy sprowadza się do zwykłego uporu a sama nie potrafi zrozumieć, że nie trzeba mieszkać "na cmentarzu" by okazać zmarłemu pamięć i szacunek.

A taka Justyna Orzelska - porzucona narzeczona. To, co dla starszej o pokolenie Marty było nie do pomyślenia, która odrzuciła konkury spauperyzowanego szlachcica z obawy przed deklasacją, dla Justyny nie gra już pierwszoplanowej roli. Jest o wiele bardziej świadoma własnej wartości i nie obawia się ostracyzmu swojej sfery, choć nie mam pewności, czy do końca wie co robi. Może i dwór Korczyńskich to nie pałac, ale i tak pomiędzy nim a wiejskimi chatami z zaścianka jest przepaść, w nich Justyna nie będzie już nikomu akompaniowała grą na fortepianie.

Ale to w gruncie rzeczy drobiazgi wobec przewartościowania naczelnej idei "Nad Niemnem", idei "trwania" - dla pokolenia Orzeszkowej oczywistej, poza sferą wątpliwości i na temat której nie wypadało nawet zadawać pytań. Dzisiaj, to jednak całkiem inna sprawa, dyskusja na ten temat nie narusza tabu. Czemu właściwie bohaterowie powieści Orzeszkowej mieli być związani z ojcowizną niczym adscriptici? Trudno to logicznie wyjaśnić. Przecież skoro Cecylia i Jan znaleźli swoje nowe miejsce na ziemi odrywając się od korzeni, dlaczego innym odmawiać tego prawa? Perspektywa wydaje się jasna - trwanie na straży ojcowizny to zjazd po równi pochyłej. Bieda i jej pochodne. Już jest źle, a jeszcze pokolenie lub dwa i będzie tragicznie, jeśli mieszkańcy zaścianka nie wyzwolą się z nakazu "trwania".

I Orzeszkowa jest chyba tego świadoma, nie chcąc postawić kropki nad i. Zaścianek Bohatyrowiczów jest przecież przez nią wyraźnie oszczędzany - nie ma w nim prawdziwej nędzy (jest zaledwie jedna uboga rodzina), nie ma smrodu, brudu, ciężkiej do upodlenia pracy, chorób i przedwczesnej śmierci. Są za to łany zbóż (żęte sierpami - czy pamiętacie "Konopielkę"?), sady, kwiaty i rzeka. Ale nawet przez ten sielankowy obraz przebija się (nie wiem czy zamierzony) głód ziemi, a przecież lepiej nie będzie, dzielone z pokolenia na pokolenia spłachetki nie staną się nagle większe. To nie żadna wiedza tajemna i tylko bohaterowie "Nad Niemnem" jakoś nie mogą sobie tego uzmysłowić. I jest jeszcze coś co zgrzyta w tym sielskim obrazie wsi i wyraźnie nie pasuje do wizerunku "soli ziemi", chodzi mianowicie o patriotyzm. Jego wyrazem ma być owo "trwanie" na ziemi ojców ale przecież gdy historia powiedziała sprawdzam, z całego zaścianka do powstania zgłosiła się tylko jedna, słownie: jedna osoba. Może więc to trwanie, to wcale nie przejaw postawy "nie rzucim ziemi skąd nasz ród" lecz zwykła ciasnota horyzontów połączona z chciwością i strachem przed nieznanym.

Nie da się ukryć, "Nad Niemnem" od strony programu ideowego, że tak powiem, jest archaiczne. Sto lat ze sporym okładem zrobiło swoje, ale nie ma wątpliwości - w swoim czasie Orzeszkowa miała coś do powiedzenia, choć nam pozostał już z tego tylko świetnie napisany romans. 

niedziela, 25 marca 2018

Pani Dalloway, Virginia Woolf

Eh, cóż za zmarnowana okazja - mogła Virginia Woolf napisać bestsellerowy romans, o którym głośno byłoby na blogaskach, oczywiście o ile wydawnictwa by przesłały go w ramach współpracy. Przecież była szansa, bo nie ulega wątpliwości, że Woolf znała powieści Jane Austen a zamiast kolejnej historii, w której wszyscy się pobierają a potem żyją długo i szczęśliwie zafundowała czytelnikom wiwisekcję angielskiej wersji Izabelli Łęckiej i to na domiar złego w feministyczno-modernistycznym sosie.  


"Pani Dalloway" jest świetnym psychologicznym portretem starzejącej się kobiety z wyższych sfer, w gruncie rzeczy próżniaczki, jakbyśmy to dzisiaj, bez ogródek powiedzieli. Okazuje się, że - o, dziwo - takie postacie wcale nie muszą być zrobione z papier-mâché, do czego przyzwyczaiła nas literatura. Woolf odkryła, że pod maską konwenansu, kryją się rzeczy, których istnienia nikt by nie podejrzewał. Napisała o tym wspaniałą powieść ale bez szans na miejsce na liście bestsellerów książkowych, co od ładnych, paru lat, paradoksalnie wydaje się być gwarancją dobrej literatury.

Nie będę krył - nie obyło się bez problemów - podchodziłem do "Pani Dalloway" kilka razy, cóż styl Virginii Woolf nie uchodzi bezkarnie ale trud się opłacił. Choć nie wiem czy moje odczucia to nie kwestia, jakby to powiedzieć, doświadczenia życiowego. Cóż może być interesującego dla nastolatków i spojrzeniu na świat ludzi po pięćdziesiątce? Oni nic jeszcze nie wiedzą o tym, że "rekompensata starzenia się (...) polega na tym, że namiętności nie tracą nic ze swej siły, ale człowiek zdobywa - nareszcie! - pewną umiejętność, która nadzwyczajnie poprawia smak życia, umiejętność posługiwania się własnym doświadczeniem, dokładnego zbadania go, obejrzenia ze wszystkich stron, w świetle." Na dodatek, co postacie sprzed stu lat mogą mieć do zaproponowania współczesnemu czytelnikowi? Ale okazuje się, że mogą. Nie zmienia tego ani środowisko w jakim obracają się postacie powieści, ani miejsce, ani czas akcji.

Okazuje się, że niezależnie od miejsca i czasu spoglądamy na własne życie i doświadczenia z poczuciem niedosytu, bólu i nostalgii za bezpowrotnie utraconymi szansami ale jednocześnie tak jesteśmy uwikłani w teraźniejszość, że mimo tkwiącej gdzieś w głębi serca tęsknoty i marzeń nie ośmielimy się nawet pomyśleć o przecięciu krępujących nas więzów. Choć ma się poczucie niedosytu własnego, obecnego życia a przeszłość mimo bólu wspomina się z nostalgią, to jednak to są tylko chwile, żyjemy tu i teraz, a ból tęsknoty za utraconą miłością jest spowity w kokonie czasu, co sprawia że choć tkwi w bohaterach książki nie jest nieznośnie bolesny. Może gdyby był sprawy ułożyłyby się inaczej a tak nikt nie ośmieli się przekroczyć po raz kolejny Rubikonu, w końcu nie ma się już dwudziestu lecz pięćdziesiąt lat.

Co z tego, że już wiemy, że "to marnotrawstwo nie mówić nigdy o tym, co się czuje", skoro jest już za późno by mówić, to co naprawdę się czuło. Było, minęło. W swoim braku doświadczenia, nieznajomości ludzi, świata ale i samych siebie, zmarnowaliśmy szansę, jak się nam wydaje z perspektywy czasu, jedyną szansę na szczęście. Ze swoją dzisiejszą wiedzą mogąc cofnąć czas pewnie postąpilibyśmy inaczej, ale czasu nie da się cofnąć a doświadczenie mówi, że tego co było, choć tli się jeszcze w sercu nie da się wskrzesić. Zresztą kto wie, Woolf daje przecież szansę swojej bohaterce a właściwie wystawia ją na pokusę, czy jej ulegnie to już na zawsze pozostanie tajemnicą Clarissy Dalloway, Petera Walsha i oczywiście samej Virginii Woolf.

Świetna książka, tylko dla miłośników dobrej literatury.  

czwartek, 30 listopada 2017

Bierut. Kiedy partia była bogiem, Piotr Lipiński

Pamiętam jak zaciekawił mnie grób Bieruta podczas mojej pierwszej wizyty na Powązkach Wojskowych. Kojarzyłem go (Bieruta nie grób) ze znaczków pocztowych, które zbierał mój Tata. W pamięci utkwił mi zwłaszcza jeden z nich, wydany z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka w 1952 r., na którym Bierut idzie po łące w otoczeniu uczennic zbierających polne kwiaty. I tyle. Jakoś nie było okazji, by dowiedzieć się o nim czegoś więcej ponad suche dane, jakie można znaleźć w wikipedii, tak że gdy natknąłem się na książkę Piotra Lipińskiego w przydworcowej księgarni wiele się nie zastanawiałem nad zakupem, zwłaszcza że czekała mnie długa podróż.


Cóż, powiedziałbym, że był to zakup połowicznie udany, szału nie ma, wielu rzeczy się dowiedziałem ale też kończyłem książkę z poczuciem niedosytu i konstatacją, że w gruncie rzeczy niewiele wiadomo o człowieku, który przecież w sumie jeszcze nie tak dawno rządził Polską. Nie chodzi nawet o dane biograficzne, o to, co, gdzie i kiedy robił, ale o to jakim był człowiekiem. Odpowiedź na to pytanie, jaka wyłania się z książki Lipińskiego mnie wydaje się mało przekonująca.

Bierut jako uprzejmy, kulturalny pan, okazujący łaskę swoim politycznym przeciwnikom, posłuszny Stalinowi. Coś tu nie gra. Mamy przecież do czynienia z człowiekiem, który rządził Polską w najgorszym okresie w jej powojennej historii. Nie mogę też uwierzyć by Autor "kupił" stworzony na potrzeby propagandy wizerunek Bieruta z sarenkami na ręki i w towarzystwie dzieci. To jakby wariant dobrze znanego schematu "dobry car - źli bojarowie". Mnie wydaje się mało wiarygodny. Fakt, że Autor stanął, paradoksalnie przed trudnym zadaniem.

Paradoksalnie, bo przecież pisze o człowieku z pierwszych stron gazet, który w końcu przecież nie zmarł przed wiekami. Piotr Lipiński buduje swoją opowieść o Bierucie opierając się na dwóch rodzajach świadectw; dokumentach par excellance, że tak powiem i opowieściach (także pisanych) ludzi, którzy znali bohatera jego książki. I tu trafiamy na problem, z którym nie do końca się uporał. Te pisane świadectwa to komunistyczna hagiografia, przy lekturze której czytelnikowi oczy otwierają się szeroko ze zdumienia i, co tu dużo mówić, ogarnia niesmak zwłaszcza gdy czyta się wiernopoddańcze hołdy pisane przez ludzi kultury.

Z kolei rozmówcy, który głosy można znaleźć w książce, pamiętający tamte czasów, którzy mogli zetknęli się z Bierutem są, hmm... "specyficzni". Sprawdziliby się doskonale jako rozmówcy Teresy Torańskiej w "Onych" ale nie jako wiarygodni świadkowie. To ludzie, którzy wiedzą czym skończyły się ich wybory życiowe. Klęską, odrzuceniem przez społeczeństwo i zepchnięciem na zupełny margines. Trudno w tej sytuacji zdobyć się na rzetelną ocenę także własnej postawy bo trzeba byłoby przed samym sobą przyznać, że zmarnowało się swoje życie (nie mówiąc już o innych), że idee w które się wierzyło były tylko oszustwem i nie kryło się za nimi nic oprócz pragnienia zdobycia i utrzymania władzy. Piotr Lipiński jest więc skazany na manewrowanie między Scyllą a Charybdą. Ma oczywiście tego pełną świadomość i uprzedza o tym czytelnika.

Co z tego jednak, gdy z tego meandrowania niewiele wynika. Poczucie niedosytu budzą zwłaszcza rodzinne relacje Bieruta, a wydaje się że Autor jest już tak blisko. Dociera do jego dzieci, do ludzi którzy znali kobiety z którymi się związał, i co? i nic. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to delikatna materia, żyją krewni których związki z Bierutem mogą stawiać w mocno niekomfortowej sytuacji ale przecież jak powiadał Arystoteles "Amicus Plato, sed magis amica veritas" i nie o wszystkim trzeba pisać z otwartą kurtyną. Cóż, trochę szkoda, ale pocieszam się myślą, że podobno biografia Cyrankiewicza pióra Piotra Lipińskiego jest lepsza. Zobaczymy. 

poniedziałek, 13 listopada 2017

Noc generała, Gabriel Mérétik

Książka Mérétika ma status klasyka, ale nie da się ukryć, dzisiaj już mocno przebrzmiałego, tak już zresztą było gdy książka się ukazała, osiem lat po wydarzeniach które opisuje ale wówczas niesiona była na fali wolności i odreagowania lat skrępowania cenzurą. A przecież wydawałoby się, że jej temat, wprowadzenie stanu wojennego w Polsce, to samograj. Niby tak a jednak coś tu nie gra. Nie zmieniają tego nawet "sensacyjne" wątki w rodzaju kompromitującej postawy prymasa Glempa wobec stanu wojennego, przemilczeniu przez Amerykanów wcześniejszej wiedzy na jego temat czy obojętności zachodnich dyplomacji. Lidia Ostałowska we Wstępie do "Nocy generała" informuje o pracy jaką musiał wykonać Mérétik ale jej efekt dzisiaj wcale nie poraża.


Dlaczego? chyba dlatego, że "Noc generała" kładzie nacisk na aspekty, które czytelników "średnio" interesują. Cóż ciekawego jest w problemach francuskich dziennikarzy i dyplomatów w Polsce, którzy nie mogą zorientować się w tym, co się dzieje w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku i poinformować swoich chlebodawców, albo problemy Alexandra Haiga. Mérétik "jedzie" Kapuścińskim, że tak powiem, znalazł się w egzotycznym kraju i opisuje jego życie polityczne.

Jeśli ktoś interesuje się polityką, pewnie go to zainteresuje ale jeśli interesuje go obraz społeczeństwa polskiego, to może być rozczarowany. Książka Mérétika jest spojrzeniem na polityków, ludzi zaangażowanych w politykę w Warszawie, Gdańsku czy Wrocławiu, ale jeśli będzie chciał wiedzieć jak wyglądał stan wojenny widziany oczyma zwykłych Polaków, zwykłych ludzi dla którzy, musieli stać w wielogodzinnych kolejkach, martwić się czy będą mogli wykupić kartki, którzy paradowali z koralami z papieru toaletowego, który właśnie "rzucili", a którego faktura zbliżona była bardziej do papieru ściernego niż tego co można dzisiaj kupić, bardzo się rozczaruje.  

Mérétik wspomina o kierowcy, który gdy milicja przyszła go aresztować w środku nocy obudził dzieci by nigdy o tym nie zapomniały ale już nie wspomina, o tym co czuła żona tego człowieka i żony i dzieci innych aresztowanych, do których mieszkań wyważono drzwi by zabrać mężów i ojców do więzienia. Co oni czuli, zostając sami i niemający do kogo zwrócić się o pomoc? Tego z "Nocy generała" się nie dowiemy, tak jak nie dowiemy się, jak wyglądało wprowadzenie stanu wojennego w prowincjonalnych miasteczkach czy na wsiach. A to Polska właśnie, a nie Lenigrad i Waszyngton. Gabriel Mérétik zaserwował za to czytelnikom obrazek, w którym ówczesna wicemarszałek Sejmu Halina Skibniewska roni krokodyle łzy nad losem obywateli i ojczyzny. Chciałoby się zapytać, a co pani marszałek robiła będąc posłem na Sejm od 1965 roku, w roku 1970 czy 1976? Gdzie była, gdy w latach 70-tych zamykano w więzieniach ludzi tylko dlatego, że ośmielili się mieć inne zdanie niż władza i upomnieli się o swobody, które są dla nas oczywiste i bez których nie wyobrażamy sobie życia?

Nie da się też ukryć swoistego frankofilstwa książki, nadreprezentacji wrażeń Francuzów, tych którzy byli wówczas w Polsce obecni i ówczesnych decydendów francuskiej polityki. Rzuca się to w oczy bo Mérétik wspomina o symetrii. To jakoby dla jej zachowania w książce nie ma głosu Lecha Wałęsy, ponieważ Wojciech Jaruzelski odmówił spotkania z Mérétikiem, więc przewodniczący Solidarności nie miałby przeciwwagi. Ale to mało przekonujący argument bo książka oparta jest z definicji na braku proporcji - głosów polityków Zachodu nic przecież w "Nocy generała" nie równoważy. Wychodzi na to, że jej największą wartością jest tytuł, który stał się synonimem 13 grudnia 1981 roku.  

piątek, 3 listopada 2017

Ignorancja na salonach czyli "Serce ciemności" spolszczone przez Jacka Dukaja

Nie często mi się zdarza bym odstępował od lakoniczności tytułu postu, który ogranicza się do tytułu książki i nazwiska autora. Jednak tym razem ręka mi zadrżała, gdy miałem postawić przy potworku napisanym przez Jacka Dukaja nazwisko Josepha Conrada. Wydawnictwu Literackiemu, które stoi za tym nawet się specjalnie nie dziwię - w końcu ma przynosić właścicielom pieniądze a fakt, że wydało nawet coś takiego jak "Kroniki Ferrinu" Katarzyny Michalak wiele znaczy. Zagadką jest jakim cudem "Serce ciemności" znalazło się na Festiwalu Conrada (choć może to i dobrze, bo chyba po raz pierwszy od inauguracji imprezy pojawił się punkt programu bądź co bądź jednak jakoś związany z Conradem).


Może organizatorzy targów dali się złapać na lep specjalistów od marketingu z WL, którzy czytelników książki uraczyli dylematem "Jaka jest dziś rola literatury transferu przeżyć? Jak dokonać masowej transfuzji Conradowej ciemności do serc współczesnych czytelników? (...) To nie translacja, to nie trans-fuzja." Nie podejmuję się wyjaśnienia, co się kryje za tym bełkotem, ale niech tam, może się nie znam, może coś ze mną jest nie tak, zwłaszcza że nie bardzo też wiem o co chodzi Autorowi, który zapewnia "nie jestem tłumaczem. Jestem autorem Josepha Conrada piszącego Heart of Darkness dla dwudziestopierwszowiecznych polskich czytelników".

Kupiłem więc i przeczytałem. Muszę przyznać, że Jacek Dukaj rzeczywiście dokonał transferu przeżyć, choć chyba nie chodziło mu akurat o takie przeżycia jakich ja doznałem. Zaserwował w najlepszym razie ciekawostkę literacką (tak być może określiła by to jakąś litościwa blogerka "współpracująca" z Wydawnictwem Literackim) ale w rzeczywistości jest to tandetna szmira pisana w modnym dzisiaj stylu świętującym triumfy u takich mistrzów pióra jak Szczepan Twardoch czy Elżbieta Cherezińska, skierowana do gimbazy z intelektualnymi pretensjami, że tak powiem, której miałoby to dać poczucie, że poznała opowiadanie Conrada.

Ale to wielkie nieporozumienie. Niech nikogo nie zmyli określenie zamieszczone na okładce, informujące że tekst Jacka Dukaja jest spolszczeniem tekstu autora "Jądra ciemności". Otóż nie jest to żadne spolszczenie a określenie to udowadnia jedynie, że nie rozumie on (i redakcja wydawnictwa) znaczenia słowa "spolszczyć". A wystarczy tylko zajrzeć do słownika języka polskiego. Żeby było wiadomo o czym mowa, mała próbka - fragment z tłumaczenia Anieli Zagórskiej w opracowaniu Zdzisława Najdera -

"Pielgrzymi siedzieli w jadalni przy obiedzie: zająłem swoje zwykłe miejsce naprzeciw dyrektora, który podniósł na mnie pytający wzrok; zignorowałem go najzupełniej. Wówczas rozparł się w krześle z pogodą na twarzy i tym szczególnym uśmiechem, pieczętującym bezdenną głębię jego podłości. Nieustanny deszcz drobnych muszek spływał na lampę, na obrus, na nasze ręce i twarze. Nagle boy dyrektora wetknął przez drzwi bezczelną, czarną twarz i powiedział tonem obelżywej pogardy:
- Pan Kurtz... on umrzeć."

I dla porównania "spolszczenie" Jacka Dukaja -

     "Jedzą w mesie parowca. Siadam naprzeciw Menadżera; zerka na mnie pytająco, a na wargach wije się mu ten Menadżerowy uśmieszek, rebus głębokodusznych podłości.
       Muchy, muchy wibrują wokół lampy, muchy na ubraniach, muchy na twarzach. 

     Naraz służący Menadżera, czarny chłopak wyszkolony przezeń w salonowych impertynencjach, pakuje do środka swą hebanową głowę i - jakby odpluł żrącą flegmę pogardy:
       - Pana Kurtza - jego zdechło."

To nie jest jakoś specjalnie wybrany fragment, cała książka Dukaja ma się do opowiadania Conrada tak jak te fragmenty do siebie. Czym więc jest tekst Jacka Dukaja? - jak dla mnie jest to opowiedziane własnymi słowami "Jądro ciemności", zmanierowanym stylu mającym sprawiać na czytelnikach wrażenie intelektualnej głębi. Ale tu nie ma żadnej głębi - jedynie mielizna. Płyta paździerzowa pokryta cienką warstwą politury i to też w kiepskim gatunku. w stylu dobranymi do zakładanego przez Jacka Dukaja potencjału intelektualnego czytelników. Jackowi Dukajowi wyszedł rodzaj bryku - czytelnik dowiaduje się o co mniej więcej chodzi ale ma to podane na tacy, taka wersja "dla słabszych" by nie powiedzieć, że dla bardzo słabych.

Dzięki Nai z "Literackich skarbów świata całego" dowiedziałem się, że to wszystko przez "styropian językowy" przekładu Anieli Zagórskiej (swoją drogą, cóż za dezynwoltura w ocenie zasłużonej tłumaczki). Fakt, jej przekład daleki jest od doskonałości ale ciągle ten w wersji opracowanej przez Zdzisława Najdera pozostawia w pobitym polu nowsze przekłady Magdaleny Heydel, Patrycji Jabłońskiej, Barbary Koc, Jędrzeja Polaka, Ireneusza Sochy. Żaden z nich nawet nie zbliża się do niego jeśli chodzi o mroczny klimat "Jądra ciemności". Jak dowiedziałem się z okładki "Serce ciemności" jest "Projektem-obsesją, wyzwaniem, które prześladowało Jacka Dukaja od kilkunastu lat, a zarazem testem ekstremalnym przekładalności prozy i przeżycia". Ciekawe co będzie następnym "testem przekładalności prozy i przeżycia" - może "Braci Karamazow" w młodzieżowym slangu. Dwudziestopierwszowieczny czytelnik czeka. To dopiero będzie "trans-fuzja". 

czwartek, 2 listopada 2017

Adelo, zrozum mnie!, Edmund Niziurski

Po "Naprzód Wspaniali" i "Awanturach kosmicznych" przyszła wreszcie pora na trzecią część trylogii odrzywolskiej. Sięgałem do niej (korzystając, jak zwykle, z pretekstu przekazywania pałeczki w sztafecie pokoleń) z "pewną taką nieśmiałością" bo jakoś zupełnie jej nie pamiętałem i obawiałem się jakiegoś niewypału. Na szczęście moje obawy okazały się mocno na wyrost. Nie powiem co prawda, by Mistrz był w najwyższej formie ale i tak jest nieźle, znacznie powyżej średniej krajowej. 


Pewnie, można się do niejednej rzeczy przyczepić - jakim cudem w mieście, w którym są tylko dwie szkoły podstawowe na miejscowym stadionie zbiera się dwadzieścia tysięcy kibiców? Albo pomysł z przemianą karawanu w autobus weselny, równie głupawy co "As" z "Pana Samochodzika i zagadek Fromborka" Nienackiego. Wózek, którym chłopaki wiozą najpierw Cypka a potem Renatę jakoś dziwnie przypomina wózek, na którym Piraci wieźli Bosmana, a ulica Boleść ulicę Zapłotkową. Ale to szczegóły, na które pewnie czytelnicy należący do "grupy targetowej" nie zwracają uwagi. Tak jak zapewne nie "dekodują" znaczenia epizodów związanych z uboczną działalnością szpitalnej pralni, które dla starszych czytelników są oczywiste.

Są to jednak wszystko kwestie uboczne, nie na tym polega atrakcyjność książki dla współczesnych rówieśników Tomka Okista i Zyzia Gnackiego (o ile w ogóle jest dla nich atrakcyjna). Nie chodzi też o przygody i komplikowanie sobie życia, choć oczywiście nie jest to bez znaczenia, ale ważniejsze jest, że w "Adelo, zrozum nie!" Niziurski wyszedł daleko poza ściśle przygodowe opłotki i przedstawił początek dojrzewania. To dla głównego bohatera i narratora zarazem, trudna pierwsza lekcja. Ten chłopak mimo wszystkich swoich wad; budzi przecież sympatię i chyba paradoksalnie właśnie dzięki nim. Nie ma co się oszukiwać; tchórzostwo, kłamstwo, dwulicowość to nie jest coś co jest mu obce, a tę listę dałoby się jeszcze wydłużyć. Na szczęście, z drugiej strony mamy walczące o lepsze lojalność, szczerość i przyjaźń. Mieszankę, dzięki której robi się bardziej życiowy i bliższy czytelnikowi. Kto z nas nie dał się kiedyś namówić przyjacielowi, koledze do czegoś, czego później żałował? Kto z nas nie usiłował wykręcić się od konsekwencji domowych czy szkolnych przewin, pakując się w większe tarapaty? Tomek jest tym, który ciągle ma pod górkę, a przecież chce dobrze. Brzmi znajomo - samo życie.

Co jest w życiu nastolatka ważne - przyjaźń i pierwsza miłość. To odkrywanie świata, kiedy podaje się serce na dłoni wierząc, że z drugiej strony spotka nas to samo. Cóż za naiwność, witamy w świecie dorosłych! Ci bardziej "dojrzali" wiedzą co jest grane. Już szykują się do przepychania się przez życie łokciami, nie patrząc na innych. C'est la vie! A naiwniacy zostają ze zranionym sercem i bolesną nauką. Prawda o przyjacielu i prawda o pierwszej miłości. Niziurski niczego nie oszczędził swemu bohaterowi. Co z tego, że racjonalizuje swój stan - rozum swoje a serce swoje, to nie takie proste wyleczyć się z marzeń, które miało się za rzeczywistość. Ale czas zrobi swoje i będzie lepiej, szczerze w to wierzę, choć my już tego z książek o Tomku Okiście się nie dowiemy. Szkoda.

sobota, 28 października 2017

Czy to jest człowiek, Primo Levi

Pisanie o książkach należących do literatury obozowej zawsze stanowiło dla mnie problem. Chodzi o znany problem, a mianowicie nieadekwatność języka. Jak odnieść się do autentycznych przeżyć ludzi, którzy mają za sobą doświadczenia obozów koncentracyjnych. Zwykłe pojęcia opisu wydają się nie na miejscu - co można powiedzieć o wrażeniu jakie robi relacja kogoś, kto spożywał posiłek siedząc na zwłokach współwięźnia? Ale przecież nie sposób jednak uciec od oceny takiej literatury. Jedne książki są bardziej interesujące, inne mniej, jedna są ciekawsze (och, znów ten problem odpowiedniego języka) inne niespecjalnie. Do tej pierwszej kategorii należy książka Primo Levie'ego, pozostającego u nas w cieniu Borowskiego i Szmaglewskiej.


Nie wiem czym tłumaczyć ten fakt, bo z pewnością "Czy to jest człowiek" nie jest książką gorszą (znowu język) niż "Dymy nad Birkenau". Może ktoś kiedyś uznał, że wspomnienia włoskiego Żyda nie wnoszą niczego nowego skoro także i Polacy byli więźniami Oświęcimia. Może uznano, że wystarczające będzie, jeśli to Polacy a nie Żydzi będą przedstawiali swoje przeżycia. Dość wspomnieć sławetne uzupełnienie do hasła "obozy koncentracyjne hitlerowskie" dołączone do IX tomu "Wielkiej encyklopedii" PWN. Jakby nie było wspomnienia Levi'ego, podobnie jak Abrahama Kajzera doczekały się PRL-u tylko jednego wydania. Na pierwszy rzut oka nie ma w "Czy to jest człowiek" niczego nowego, niczego czego nie można by znaleźć u klasyków literatury obozowej. Nawet to, że Levi miał status muzułmanina i będąc Żydem, niejako z definicji był skazany na śmierć a zatem perspektywa z jakiej obserwował i uczestniczył w obozowym życiu była bardzo drastyczna, tego faktu nie zmienia.

Tym, co wprowadza nową jakość, jest kwestia jaką postawił w tytule. Bo to wbrew temu co się może wydawać to nie jest pytanie. Levi stawia doświadczenie obozowe w perspektywie, że tak powiem, ontologicznej. Chce przedstawić niezrozumienie faktu, że ktoś z powodów zupełnie od siebie niezależnych, na które nie ma żadnego wpływu, jest skazany na śmierć. Nie chodzi o kolor włosów, kształt nosa i uszu, język czy wyznanie, zawód albo stan cywilny. To wszystko można zmienić albo próbować zmienić ale to nie ma żadnego znaczenia.

Człowiek nagle dowiaduje się, że jest niczym, że zupełnie się nie liczy. Że jego życie nie stanowi żadnej wartości, że nie jest nawet przedmiotem, bo przedmiot przedstawia jakąś wartość tymczasem okazuje się, że ludzkie życie jej nie ma. Staje wobec faktu, że ktoś, gdzieś zadekretował, że człowiek nie jest już człowiekiem. Nie mniej zaskakujące jest to, że tę degradację akceptują nie tylko ci, którzy są jej autorami i ci, którzy stoją po ich stronie ale także ci, którzy sami stali się ofiarą prześladowań a wreszcie także, ci których ta degradacja dotyczy. Zdecydowano, że nie ludzie nie są ludźmi więc inni nie traktują ich jak ludzi. Sprowadzono ich do statusu jahusów i zaczynają się zachowywać jak jahusowie. "Człowiekiem jest ten, kto zabija, człowiekiem jest kto popełnia niesprawiedliwość lub ulega jej; nie jest człowiekiem ten, kto zagubiwszy wszelkie hamulce wewnętrzne, dzieli łóżko z trupem. Kto czeka, aby jego sąsiad umarł nareszcie, aby zawładnąć jego ćwiartką chleba, jest - nawet bez własnej winy - bardziej obcy pojęciu myślącego człowieka niż nieokrzesany Pigmej lub najokrutniejszy sadysta." To niewyobrażalny upadek, nie ma mowy o ludzkiej godności ale co z tego jeśli alternatywą jest tylko śmierć. Jej znaczenia i ważności nie da zanegować także i dla podludzi.

Swoją drogą, to ciekawe, że człowiek który padł ofiarą rasistowskiej segregacji sam odwołuje się do rasistowskich podziałów sytuując Pigmejów jako stojących niżej od ludzi myślących, a to przecież ludzie myślący, przedstawiciele narodu Goethe'go, Kanta i Hegla sprawili, że znalazł się w Oświęcimiu, a jego właśni pobratymcy w trosce o własne życie, wraz z nimi spychali go na dno.

Jak można uznać, że człowiek to nie człowiek, a jeszcze trudniej zrozumieć jak ta aberracyjna decyzja może być akceptowana. Jak człowiek zostaje zdegradowany do rangi istoty spełniającej czynności fizjologiczne budzi w najlepszym przypadku obojętność a zwykle wrogość jako coś niższego rzędu i jak koło się zamyka, bo skoro jest czymś podrzędnym, to nie traktuje się go jak człowieka. Co może wyrwać z tego błędnego koła - tylko drugi człowiek.